Znajdź nas na    

Śladami 11 września, czyli jak jeden dzień przebudował światowy porządek

Grzegorz Gil fot. B. Proll (1)
UMCS

Równo dwadzieścia pięć lat temu wydarzyło się coś, co wywróciło globalną politykę do góry nogami. Samoloty pasażerskie stały się pociskami, a niewidzialny wróg uderzył w samo serce potężnego amerykańskiego mocarstwa. Choć od ataków z 11 września upłynęło już ćwierć wieku, tamten moment wciąż rzuca długi cień na naszą dzisiejszą rzeczywistość. Jak dokładnie ten jesienny dzień przemodelował mapę zagrożeń i czy z terroryzmem da się wygrać?

Spis treści

Perspektywa okiem eksperta z UMCS

O kulisach tych wydarzeń i ich długofalowych skutkach wypowiada się dr Grzegorz Gil, adiunkt w Katedrze Bezpieczeństwa Międzynarodowego UMCS i dyrektor Instytutu Europy Środkowej w Lublinie. To ekspert Team Europe Direct, prezes Stowarzyszenia „DialogON” oraz członek Europejskiego Towarzystwa Studiów Międzynarodowych. Jego zainteresowania naukowe krążą wokół stabilności politycznej, terroryzmu, systemu ONZ i relacji zewnętrznych UE. Jako autor ponad trzydziestu publikacji naukowych oraz twórca podcastu „GPS – Globalny Punkt Spojrzenia” w Radiu Lublin, doskonale rozumie mechanizmy ukształtowane po zamachach. Zauważa, że dla ówczesnych studentów stosunków międzynarodowych atak był namacalnym dowodem na to, że akademickie teorie błyskawicznie mogą stać się brutalną rzeczywistością.

Gniew mocarstwa i nowa doktryna

Atak na World Trade Center i Pentagon był szokiem, który domagał się szybkiej reakcji. Amerykańska administracja działała stanowczo, a chęć odwetu zdominowała ówczesną politykę. Uruchomiono piąty artykuł Traktatu Północnoatlantyckiego, zrównując akt terroru z pełnoprawną napaścią zbrojną. Zmieniono podejście do bezpieczeństwa, zezwalając na uderzenia wyprzedzające tam, gdzie widniano potencjalne zagrożenie. Szybko zorganizowano zbrojną interwencję w Afganistanie, by obalić reżim talibów. Zamiast działań policyjnych, państwa zaczęły sięgać po regularne armie.

Bumerang przemocy na Bliskim Wschodzie

Władze w Waszyngtonie potraktowały Al-Kaidę jak swoiste państwo, wydając jej otwartą wojnę. Z czasem okazało się, że z terroryzmem jako sprytną metodą walki nie da się wygrać przy użyciu wyłącznie czołgów i lotnictwa. Militarne interwencje wywołały efekt odwrotny do zamierzonego. Organizacje zbrojne po prostu się przemieściły, szukając nowych miejsc do rekrutacji. Atak na Irak w 2003 roku stał się doskonałym podłożem do wykiełkowania struktur Państwa Islamskiego, pokazując wyraźnie, że przemoc napędza kolejną falę przemocy.

Europa szuka własnej drogi

Stary Kontynent również bardzo boleśnie odczuł załamanie się stabilności. Zamachy w Madrycie czy Londynie uświadomiły społeczeństwom, że żaden ocean nie zatrzyma tego zjawiska. Zaczęto mierzyć się z nowym profilem napastnika – tak zwanymi samotnymi wilkami, o czym brutalnie przypomniała tragedia w Norwegii z 2011 roku. Państwa europejskie wyciągnęły jednak nieco inne wnioski. Rzadziej decydowano się na wysyłanie wojsk, a zamiast tego inwestowano w metody policyjne i tworzenie programów deradykalizacyjnych, próbując zdusić ekstremizm u samego źródła.

Krzywdzące mity i problem integracji

Wydarzenia z 2001 roku utrwaliły w mediach niezwykle uproszczony obraz, łącząc każdego wyznawcę islamu z terroryzmem. Prawda opiera się jednak na zupełnie innych liczbach – zaledwie jeden procent islamskiej społeczności to osoby nawołujące do fizycznej walki, a ekstremizm nigdy nie był domeną tylko jednej religii. Powstawanie w dużych miastach zamkniętych dzielnic to najczęściej efekt biedy. Imigranci szukają po prostu tańszego miejsca do życia. Brak odpowiedniej integracji budzi obustronne napięcia i resentymenty, dając pole do popisu dla radykalnych rekruterów.

Nowoczesne narzędzia i sianie strachu

O klasycznych zamachach z wykorzystaniem samolotów już się dziś raczej nie słyszy. Uwagę świata przykuła pełnoskalowa przemoc państwowa, wywołana inwazją Rosji na Ukrainę. Nie oznacza to, że ekstremiści zniknęli z radarów służb bezpieczeństwa. Zmienili po prostu format. Zjawisko to stało się elementem wojen hybrydowych. Pojawiły się zupełnie nowe i trudne w wykrywaniu warianty walki.

Zmieniające się metody stawiają przed państwami takie wyzwania jak:

  • rosnące ryzyko potężnych cyberataków

  • użycie ogólnodostępnych technologii bezzałogowych

  • incydenty generowane przez sprawców żyjących tuż obok nas

Zaskakująca geografia ofiar

Statystyki obalają kolejny popularny mit, że to państwa zachodnie obrywają obecnie najmocniej. W najnowszych rankingach sumujących ofiary incydentów terrorystycznych królują państwa takie jak Pakistan oraz Burkina Faso. Gdy spojrzymy na trzydzieści najbardziej poszkodowanych państw, znajdziemy tam zaledwie jeden kraj z Europy Zachodniej – Niemcy. Epicentrum problemu dawno przesunęło się z dala od naszego sąsiedztwa.

Co by było w alternatywnej rzeczywistości

Gdyby uderzenie na amerykańskie wieże nigdy się nie wydarzyło, obraz świata rysowałby się inaczej. Prawdopodobnie państwa częściej angażowałyby się w standardowe konflikty graniczne i ekonomiczne spory o zasoby. Wspólny, niewidzialny wróg siłą rzeczy wymusił szeroką współpracę międzynarodową. Brak tej współpracy paradoksalnie mógłby przyspieszyć proces deglobalizacji i pogłębić podziały, z kolei utrzymująca się skrajna bieda sprzyjałaby błyskawicznemu rozprzestrzenianiu się śmiertelnych epidemii.

Podsumowanie tamtego przełomu

Ostatnie ćwierćwiecze pokazało jasno, że użycie brutalnej siły militarnej nie rozwiązuje problemu asymetrycznych zagrożeń. Zjawisko to potrafi skutecznie adaptować się do zmieniających się technologii i nowych układów geopolitycznych. Decyzje polityczne podejmowane naprędce po 2001 roku do dzisiaj rzutują na kondycję państw w zderzeniu z cyberatakami czy wojnami hybrydowymi, bezlitośnie przypominając o dniu, w którym ludzkość straciła dawne poczucie globalnego bezpieczeństwa.


opublikowano: 2026-09-10
« powrót
Komentarze
Pomysły na studia dla maturzystów - ostatnio dodane artykuły
Polityka Prywatności